Moja lektorska historia - Przemek

Przemysław Fidzina
Przemysław Fidzina

Dyrektor Zarządzający

Nauczyciel angielskiego, który chciał być tłumaczem, a został przedsiębiorcą … 

Wiele razy pytano mnie, czy CoAction to moja szkoła, czy może tylko nią zarządzam? Okazuje się, że dla wielu osób i firm, które z nami współpracują, jest to ważne albo chociaż ciekawe. Dlatego za namową moich współpracowników postanowiłem napisać Wam nieco więcej o mojej ścieżce zawodowej jako lektora angielskiego (i rosyjskiego, bo tego pewnie część z Was nie wie). 🙂

Pozwólcie, że zacznę od moich początków w roli ucznia angielskiego.

Najgorsza wymowa w klasie

Naukę angielskiego zacząłem późno nawet jak na ówczesne czasy (rok 1998), bo w gimnazjum. Przez 3 lata nie za wiele się nauczyłem, ale złapałem bakcyla i podstawy gramatyczne. Gdy dostałem się do najlepszego liceum w powiecie, do klasy z rozszerzonym angielskim (6x45 min w tyg.), przyszła pierwsza konfrontacja mojego angielskiego z tym, co umieli koledzy.

W podziale klasy na grupy bodajże jako ostatni dostałem się do tej z wyższym poziomem, z lepszą nauczycielką. Uf...💨 ale tu przyszła kolejna brutalna prawda - wymawiałem dźwięki tak, jak moja ukraińska nauczycielka z gimnazjum - “ze best” itp. Pamiętam do dziś słowa mojej nauczycielki z liceum: “musisz to poprawić, bo jest słabo!”. Podjąłem walkę. Na koniec roku byłem już jednym z najlepszych w klasie. Na koniec liceum najlepszym w klasie i w czołówce szkoły.

Ale, że dwa języki na maturze?

Kiedy przyszedł luty przed maturą dowiedziałem się o istnieniu kierunku studiów lingwistyka stosowana i że … oprócz angielskiego wymagają rozszerzonego rosyjskiego na maturze. 

Co prawda mieliśmy rosyjski przez 3 lata, ale powiem szczerze, że był on mocno zaniedbywany. Właściwie nie podniosłem jego poziomu w stosunku do tego, czego się nauczyłem w gimnazjum, w którym miałem bardzo ambitnego nauczyciela z pasją i który doprowadził mnie wysoko w olimpiadach. W liceum nauczyciele ciągle się zmieniali, nie mieli autorytetu wśród uczniów, podręczniki były toporne a dodatkowych materiałów brak.

A teraz miałem zdać rosyjski i to bardzo dobrze, w formule rozszerzonej. Konkurencja na lingwistykę wówczas była kosmiczna, bo kilkanaście osób na miejsce. Znów - zawziąłem się przez 3 miesiące i zdałem maturę na 100%. Dostałem się na lingwistykę Stosowaną UMCS w Lublinie i wtedy dopiero zaczęło się “językowanie” na poważnie.

Blood, sweat and tears … leading to victories

Pierwszy rok nie był łatwy. Cel był jeden: doprowadzić obydwa języki do poziomu C2 (podczas gdy zdana matura rozszerzona równała się B2). Wszystko po to, by docelowo móc w tych językach tłumaczyć i uczyć. Nieprzespane noce, masa kserówek, bardzo dużo praktycznych przedmiotów, wymagający wykładowcy i koledzy, którzy “wymiatali”. Przetrwałem pierwszy rok, choć po głównym egzaminie byłem pewien, że nie zdam i czeka mnie poprawka.

Chcę być tłumaczem ustnym ale ...

Przez całe studia byłem bardziej zafascynowany tłumaczeniami niż nauczaniem. Mieliśmy świetnych wykładowców, którzy zarazili nas pasją do przekładu. Tłumacz ustny wydawał mi się wtedy uosobieniem najlepszego wykorzystania języków obcych w pracy. Adrenalina, niesienie pomocy słuchaczom w postaci zrozumienia przekazu w innym języku, poważne tematy tłumaczeń. Kilka razy spróbowałem.

Był stres, ale też niesamowita satysfakcja po -. Kabina, czyli tłumaczenie symultaniczne (tłumaczysz na bieżąco to, co ktoś mówi) pociągało mnie najbardziej. Ale że szans na komercyjne próby było mało, a trzeba było sobie dorobić, zacząłem udzielać korepetycji. Dzieciaki, potem młodzież, pierwsi dorośli. W międzyczasie, podczas 2 i 3 roku studiów mieliśmy już wszystkie przedmioty glottodydaktyczne, które przygotowywały do nauczania według konkretnych zasad - dawały solidną bazę metodyki nauczania języków obcych. 

Mój pierwszy kurs Business English

Na początku 3 roku studiów dostałem szansę od jednej z warszawskich szkół językowych na przeprowadzenie kursów dla pracowników banku Raiffeisen w Lublinie. Spodobało mi się. Zaczynając, nie miałem w ogóle świadomości, że istnieje coś takiego, jak kursy dla pracowników firm.

Dla mnie jako początkującego nauczyciela było to niesamowite doświadczenie. Pamiętam, że w zamian za poprawę wymowy u dyrektora oddziału, ten właściwie opowiedział mi całe podłoże ówczesnego kryzysu finansowego. 🙂 Business English i sam biznes zaczęły mnie fascynować i okazało się, że zacząłem czerpać z tych kursów bardzo dużo satysfakcji, nawet biorąc pod uwagę to, że na zajęcia o 7.30 musiałem 30 min iść pieszo, a potem biec na zajęcia na studiach.

Ja jako lektor Business English 12 lat temu

Gdy sobie przypomnę, jak wyglądało moje nauczanie wtedy, to scharakteryzowałbym je w jednym zdaniu tak: bezpieczne trzymanie się podręcznika narzuconego przez szkołę i testowanie wiedzy metodycznej nabywanej na studiach w praktyce z uczniami, w zupełnie nowym dla mnie kontekście języka biznesowego. 

Dostałem do nauczania dyrektora regionalnego (zajęcia indywidualne) i 5-osobową grupę pracowników oddziału. Nie miałem wpływu na podzielenie osób w grupie według poziomu, ale pamiętam, że był on nieco zróżnicowany i że nie każdy miał takie same potrzeby. A ponieważ chciałem, by coś konkretnego z tych zajęć wynieśli, musiałem mocno się napocić z przygotowywaniem tematów pod każdego. Najbardziej jednak podobały mi się zajęcia 1-1 z dyrektorem. Fascynowały mnie tematy, jakie mogłem z nim poruszać. Widziałem, z czym ma konkretnie problem, jakich elementów języka mu najbardziej brakuje i co chce osiągnąć. Czułem niezwykłą satysfakcję, widząc jego postępy i zadowolenie. Kursy indywidualne zaczęły mnie kręcić. 


Kryzys i wahania

Nie oznaczało to jednak, że przestałem się angażować w projekty tłumaczeniowe na studiach i poza nimi. Obie pracy dyplomowe zresztą napisałem z przekładu, a nie z nauczania. Potem przyszedł kryzys ekonomiczny, spadły stawki lektorów aż - jak się zdaje - po dwóch latach kurs w banku został zawieszony.

Studia jednak były na tyle wymagające, że czułem, że z miesiąca na miesiąc staję się coraz lepszym adeptem sztuki tłumaczenia i nauczania języków obcych (angielskiego i rosyjskiego). W międzyczasie, podczas kilku praktyk nauczycielskich w podstawówce i liceum uświadomiłem sobie, że uczenie dzieci to nie moje powołanie. Tam liczyły się bardziej umiejętności pedagogiczne/psychologiczne i kontrolowanie grupy niż skuteczność nauczania i poziom języka. W liceum było nieco lepiej, ale nadal - nauczanie dorosłych, którzy potrzebowali angielskiego w pracy, dawało mi największe spełnienie. 


Co by tu robić po studiach?

Przyszedł 2005 rok i koniec studiów. Dyplom z najwyższą oceną. Stypendium i w sumie brak pomysłu, co dalej. Postanowiłem, że wyjeżdżam do Warszawy. Sprawdziłem możliwości i okazało się, że w Warszawie mogę prowadzić więcej kursów firmowych. Udało mi się też pracować na pół etatu w znanym warszawskim biurze tłumaczeń.

Jednak nadal szukałem możliwości najlepszego wykorzystania obu języków i stwierdziłem, że mogą mi w tym pomóc studia z Handlu Zagranicznego na SGH. Wiedza ze studiów wspomagała mnie w prowadzeniu kursów Business English, bo dawała lepsze rozeznanie biznesowe i ekonomiczne. Byłem wyczerpany takim trybem i tym swego rodzaju “rozerwaniem”. W biurze tłumaczeń miałem mało szans na samo tłumaczenie, bardziej na korektę i inne prace około-tłumaczeniowe, zlecenia robiłem po godzinach dla innego biura. Ale tłumaczenia pisemne mnie męczyły.

Kontakt z ludźmi, przekazywanie wiedzy, mimo wielu dojazdów po nieznanej mi jeszcze dobrze Warszawie, pobudzał mnie i pchnął mnie w kierunku rozwoju warsztatu lektorskiego. Po zakończeniu studiów na SGH, mimo że z wyróżnieniem to wiedziałem, że jednak chcę iść w nauczanie - a konkretniej, w nauczanie dorosłych, którzy potrzebują języka do pracy.

Szkolenia i pierwszy wyjazd do Anglii. 

Każdą odłożoną złotówkę inwestowałem w siebie - szkolenia metodyczne, językowe, materiały. Dzięki programom unijnym udało mi się też odbyć kilkumiesięczną serię szkoleń poza Polską - w Anglii i na Malcie. Uzyskałem certyfikat CELTA i zostałem Certified International Business English Trainer od Trinity College London.

Szkolenia były pierwszą w życiu okazją do wyjazdu do UK. Niezwykłym zaskoczeniem dla prowadzących szkolenia i współuczestników było to, że opanowałem język angielski tak biegle i z takim akcentem, ucząc się go wyłącznie w Polsce i z polskimi nauczycielami. Nie chwalę się tym, tylko sądzę, że to daje dużą nadzieję naszym uczniom, którzy często nie mają szans (czasu, środków, możliwości organizacyjnych), by wyjechać na x-miesięcy do Anglii lub USA i tam się zanurzyć w języku. W Polsce też się da to zrobić!

Szerokie doświadczenie to podstawa.

I tak przez kilka szkoląc zarówno swoich biznesowych uczniów, jak i siebie samego, zbierałem doświadczenie jako lektor. Zależało mi na tym, by poznać specyfikę języka jak największej liczby branż. Dlatego szkoliłem prawników, pilotów, finansistów, programistów, inżynierów, lekarzy i wiele innych.

Poznawałem specyfikę języka potrzebnego im do wykonywania pracy, a jednocześnie podglądałem, jak prowadzą zespoły, biznesy, rozmawiają z klientami. Byłem bardzo zainteresowany pracą moich uczniów, a moi uczniowie widzieli, że ich słucham, czasami nawet dziwili się, że chcę z nimi analizować język procedur, budowę platformy wiertniczej, czy też zapisy umów. To był czas zbierania doświadczeń -bardzo cennych, jak się potem okazało. 

Chcę to robić po swojemu!

Przez pierwsze lata pracy jako lektor uczyłem grupy różnej wielkości, indywidualnie, na każdym poziomie. Za każdym razem kiedy dostawałem grupę, naginałem się jak guma, by sprostać potrzebom wszystkich osób. Jednak ciągle czułem, że mógłbym dać im więcej.

Przez indywidualne podejście do uzupełnienia ich braków językowych, pracę nad utrwalonymi błędami czy też rozszerzenie słownictwa z ich konkretnej dziedziny chciałem skrócić proces ich nauki, by wreszcie mogli po angielsku swobodnie pracować, a nie ciągle chodzić na kursy. Dlatego w pewnym momencie zdecydowałem, że jeśli moje nauczanie ma przynosić konkretne efekty, to będę podejmował się tylko kursów indywidualnych. W wielu szkołach mówiono mi, że to poroniony pomysł, bo przecież uczniowie będą odwoływać zajęcia, nie będę miał stałości przychodu itp. Ja uznałem, że zostaną Ci, którym zależy. I okazało się, że to wcale nie tak mała grupa. 

Precyzyjnie zaplanowane kursy 1-1 są najskuteczniejsze!

W tamtym czasie, pracując z kolejnymi indywidualnymi kursantami zauważyłem, że są jeszcze inne aspekty motywacyjno - organizacyjne, które mogą zwiększyć skuteczność nauki w formule 1-1 z lektorem. I tak narodził się pomysł na Training Report. - O jego powstawaniu  i ewolucji do stanu obecnego napiszę w kolejnym wpisie, by tutaj nie tracić głównego wątku. 

Dlaczego własna szkoła?

Nieodparta chęć dawania wartości swoim uczniom, osiągania efektów, stosowania narzędzia w które wierzyłem i chęć rozszerzenia grona osób, którym przez swoją wiedzę mogłem pomóc, pchnęły mnie do decyzji o tym, aby założyć własną szkołę - CoAction.

Więcej o jej początkach przeczytacie we wpisie urodzinowym tutaj

Bardzo się cieszę, że mogłem się podzielić z Wami swoją historią ucznia i lektora angielskiego. Pasję do nauczania teraz realizuję w inny sposób - analizując potrzeby Klientów i uczniów CoAction, a następnie przekazując proces spełniania tych potrzeb naszym lektorom. Traktuję to jak przedłużenie mojej ścieżki kariery nauczyciela języków obcych i to jest po prostu piękne. 

Jeśli masz ochotę porozmawiać o uczeniu się angielskiego - napisz do mnie przez ten formularz. 🙂

Potrzebujesz więcej informacji o naszych szkoleniach?